Wszyscy inteligentni mężczyźni idą bez obiadu

Z Lechem Janerką rozmawiają Tomasz Majeran i Marta Mizuro

Napisałeś kiedyś, że poważne rozmowy powinny zacząć się od polityki, od Boga i od światopoglądu. Czy w dalszym ciągu podtrzymujesz to zdanie i czy moglibyśmy od tego właśnie zacząć?

Lech Janerka - Dla mnie wtedy wzorcem, jaki powinien być człowiek, była postawa średnio-licealna, średniej klasy liceum, a wtedy byłem taki, że nic nie mówiłem, bo każdy temat to jest głupota i na pleplanie to szkoda czasu - a jeżeli już, to z bardzo grubej rury i na bardzo wysokim poziomie. Praktycznie kończyło się to na tym, że w ogóle nie rozmawiałem. Po części dlatego, że partnerzy słabiutki poziom reprezentowali, a mój też był błahy. Tak że wiesz - w ogóle się nie odzywałem i czekałem. A potem był taki okres, że przychodzili ludzie i zadawali pytania w rodzaju: "Panie, jak się pan nazywa", co mnie zniechęciło i paru pogoniłem na zasadzie: albo rozmawiamy na poważne tematy albo wcale. I część dziennikarzy powiedziała: no to wcale, bo ich nie interesują poważne tematy.

Jeżeli chodzi o Boga - fajny temat. Z tym, że wystrzegam się takiego sobie chlapania - siada, powiedzmy, kilku ludzi, piją kawę i trzepią o Bogu. Jeżeli już, to moje przemyślenia staram się umieszczać w swoich tekstach, gdzie są wyważone i przebrane. Jestem człowiekiem, który sobie nie zadaje kompletnie trudu, żeby mówić ładnie, bardzo zbornie, i żeby coś z tego wynikało. Ten trud to ja sobie zadaję w momencie, kiedy piszę tekst piosenki, wtedy się koncentruję na 20 minut i coś tam próbuję powiedzieć, żeby to miało początek, środek i koniec - i jeszcze trochę sensu na dodatek. Nie porywam się raczej w rozmowach na takie duże tematy.

Czyli co? Politykę mamy z głowy, Boga mamy z głowy. Co tam jeszcze, światopogląd, tak? To jest dokładnie to samo. Myślę, że ten mój światopogląd wynika z mojego postępowania. Wymyśliłem sobie, że człowiek powinien być wolny, maksymalnie na ile jest w stanie sobie to wywalczyć - no i walczę o tę wolność. Akurat wybrałem taki sposób, że piszę teksty i melodyjki - i wykonuję je. Tak komunikuję się ze społeczeństwem i równocześnie izoluję od niego. I to jest mój światopogląd w ogólnym zarysie.

Prowokuję tą polityką i Bogiem, ponieważ niektóre twoje teksty (np. "Piosenka Boga") mogą się wydawać dosyć bluźniercze, w tym kraju przynajmniej.

Słuchaj, papież wydał ostatnio książkę. Ja tego nie czytałem, ale sobie obiecuję od jakichś dwóch tygodni. Tak chodzę, mijam to gdzieś na wystawie księgarni. Kiedyś wreszcie kupię i poczytam. Czytałem kilka lat temu wywiad z papieżem, który robił jakiś Francuz i byłem bardzo ciekaw, co ten człowiek ma do powiedzenia, jako gość kompetentny, prawie że u źródeł spoczywający. Jestem osobą niewierzącą, jestem ateistą - niemniej śledzę takie historie. Przeczytałem to i dla mnie był to kompletny bełkot. Uznałem, że albo jestem nie na poziomie albo to nie jest ten poziom. W każdym razie nic tam nie znalazłem dla siebie - literatura fatalna, myśl nie za głęboka, nic nie wnosząca. Ponieważ trudno tak atakować papieża, gościa z zasługami (tym bardziej, że razem pracujemy w showbussinesie), dałem sobie spokój i czekałem... A teraz jest druga taka książka i z chęcią przeczytam - może jednak tam coś jest. Na razie w ramach materiałów zastępczych czytam sobie o zwojach znad Morza Martwego itd.

Uprę się jednak przy polityce. Rozmawiamy dla pisma literackiego i wiemy co nieco o kondycji literatów w latach 70-tych i 80-tych. Natomiast nie wiemy niczego o muzykach.

Wiesz, jestem człowiekiem dość wiekowym, zaczynałem grać, gdy byłem już dojrzałym panem. W czasach, kiedy ludzie robili sobie włosy na czerwono czy zielono i właściwie o to tylko im chodziło, moje popisy sceniczne i cała działalność nakierowana była na specyficzną działkę. Zacząłem grać, bo miałem dosyć pracy w Urzędzie Wojewódzkim, w takim układzie, który był bez sensu - to była potworna strata czasu, strata wszystkiego, byłem rozżalony i rozgoryczony. Ja jestem strasznie wygodny i gdyby mi ktoś podsunął fajny sposób na spędzenie życia, to bym go pewnie przyjął. Pracowałem i z pozoru wydawało się, że ta praca to jest coś genialnego, bardzo dużo zarabiałem, ale pomyślałem sobie, że skoro tak dużo zarabiam, to może mógłbym zarabiać jeszcze więcej, bo chciałbym sobie kupić to, tamto, siamto... Miałem pomysł, jak to zrealizować: ja zarabiałbym bardzo dużo, a firma zarabiałaby cztery razy więcej. Okazało się, że to ich nie interesuje. No więc zacząłem węszyć... Byłem człowiekiem niezorientowanym, politycznie zupełnie surowym. I nagle się okazało, że jest coś takiego, jak partia, jak namacalna głupota na każdym kroku. Jest jakiś mur, którego nie da się przebić - więc trzeba o nim zupełnie zapomnieć i szukać sobie innego kierunku. Błyskawicznie zrezygnowałem z tego układu, który ofiarowywało mi społeczeństwo i wykombinowałem sobie, zresztą zupełnie przypadkowo, że będę grał. Po pół roku to zaczęło działać, czyli ludzie chcieli tego słuchać, mało tego, chcieli jeszcze oddawać na to swoje pieniądze. Miałem koleżankę, była jakoś związana z "Solidarnością", z KOR-em, dosyć bystra dziewczyna, a w sumie dziwne pytanie mi zadała: "Kiedy się to w ogóle wszystko skoń czy?". Dla mnie było oczywiste, że skończy się wtedy - to chyba był rok 1979 - kiedy rozleci się nasz okupant, czyli Związek Radziecki. Na co ona zrobiła duże oczy i mówi, żebym nie wygadywał takich historii, że my możemy zrobić to czy owo sami. No to próbuj, mówię, próbuj. Ja też będę próbował. Zmiany nastąpią wtedy, kiedy skończy się ta cała nieszczęsna okupacja - wpływ na to mamy bardzo niewielki, jeżeli w ogóle. Potem się okazało, że mamy ogromny wpływ, że właściwie jeden gość jest w stanie zniszczyć Związek Radziecki. Był to Lech Wałęsa, który zniszczył komunizm. Dużym długopisem.

I dlatego postanowiłem pisać. Mniej więcej w tym czasie zaczął dziwny okres "Solidarności" - która założenia miała fajne, ale mi się to kojarzyło zawsze, nie wiem czemu, partią pijanych pracowników zajezdni. Takich podochoconych aktywistów zajezdniowych. Nigdy nie pracowałem w zajezdni, ale zawsze miałem takie wrażenia. Tak się zrobiło w Polsce, że ktoś tam próbował być na poziomie, ale generalnie, to ten poziom wyznaczali ludzie z wypiekami na twarzy. Więc tym bardziej się cieszyłem, że jestem poza tym układem, który mi się niespecjalnie podobał. Podobało mi się, że rozleciał się Związek Radziecki i można było z tego korzystać, ale sposób, w jaki korzystaliśmy, to już nie bardzo. I dalej mi się nie podoba, uważam, że można by było z tego korzystać o wiele lepiej.

A trudno mi mówić o stosunku muzyków i innych do polityki w tamtym czasie, bo moje znajomości z muzykami właściwie są mikre, tak że trudno mi cokolwiek powiedzieć, jaki oni mieli tam stosunek.

Chciałem zapytać nie tyle o środowisko, co o teksty, muzykę - w jakim stopniu, twoim zdaniem, ta sytuacja późnego PRL-u na nie wpłynęła?

O innych to ja niewiele wiem, mnie to nie bardzo interesuje. I podkreślałem wielokrotnie, że ja opowiadam swoją bajkę, a to wcale nie zobowiązuje do znania innych bajek. Pewnie, że znam parę nazwisk, paru ludzi, ale niewiele o nich wiem, a ich twórczość - to tak od przypadku do przypadku.

Mówmy więc o twoich piosenkach. Trudno powiedzieć, żeby "Klaus Mitffoch" był płytą niezaangażowaną politycznie...

Ja się zawsze wystrzegałem dosłowności, bo w większości wypadków dosłowność jest hasłowa, sztandarowa, bardzo prymitywna - w tym sensie. Uciekałem od tego. "Klaus" to była rodząca się świadomość polityki - zresztą wypłynął kilkoma piosenkami, które były piosenkami socjalnymi. Taka piosenka "Ogniowe strzelby", z pierwszego singla "Klausa", nawoływała do wyjścia na ulicę, po prostu. Cenzura pocięła ten utwór, ale w wersji, którą wykonywaliśmy na koncertach - to była w sumie pieśń zagrzewająca do wyjścia na ulice i czynnej walki. Radiokomitet, czyli firma potwornie partyjna, dała mi za to medal. Nagrodę, wyobrażasz to sobie? Dostałem nagrodę od radiokomitetu za podżeganie do robienia zadymy. Bardzo mnie to ucieszyło, bo to oznaczało, że ktoś oficjalnie popiera. Mówiło się, że to jest gwizdek, jakieś tam ujście - ale nie, to było po prostu poparcie. Ludzie w Radiokomitecie mówili: "o, tak trzeba to robić", choć piosenka nie była na pewno miła ani przyjemna, było to chamskie łupanie z ulicznym zaśpiewem. Inna znana piosenka, to "Jezu, jak się cieszę". Piosenka o kimś, kto mówi, że nie bardzo mu się podoba cały ten układ. I w pewnym momencie z takiego słodko śpiewającego typa zamienia się w skandującego fightera ulicznego. Oczywiście ten plan dotyczący polityki ciągle się pojawiał. "Ewolucja, rewolucja i ja" - gdzie próbowałem się określić czy jestem rewolucyjny czy ewolucyjny, jednocześnie doskonale wiedząc jaki jestem. Starałem się zaśpiewać piosenkę o pewnych mechanizmach rządzących w Polsce. I jest w tej piosence trochę żartu, przymrużenia oka, sarkazmu - że "rządy rządzą lepiej, bo ty tak chcesz"; że dalej się słucha tego, co papież mówi. Mnie to denerwowało osobiście, że on ma taki wpływ na politykę, trochę się bałem. W tej chwili łatwo to powiedzieć, ale czułem wtedy i śpiewałem o tym na koncertach (to był 81 rok) - że jeżeli naród pójdzie w romans z Kościołem, to później ciężko będzie się z tego wywinąć. W innej piosence pojawia się słowo nuncjusz, co niektórzy wtedy brali za imię. Zawsze interesowałem się więziami Kościół-państwo, rząd, takimi historiami. Co tam jeszcze?

Na przykład "Strzeż się tych miejsc".

Tak, pamiętam, że to był okres, kiedy moim ogólnym odczuciem był strach. Cały czas byłem przerażony. ale to przerażenie nie wynikało, co zabawne, z sytuacji politycznej. Przerażony byłem od czasu, kiedy skończyłem 12 lat. Nigdy tego nie wyciągałem z siebie i może stan wojenny spowodował, że zacząłem o tym mówić. Było parę takich piosenek, gdzie opisuję swoją izolację, np. "Nie ma mnie". A "Strzeż się tych miejsc"? To piosenka o Wrocławiu, o moich wspomnieniach z dzieciństwa, z bardzo wczesnego dzieciństwa. Cała masa piosenek, cały klimat - i muzyka i warstwa tekstowa, to było opisywanie życia kogoś, kto żyje w ciągłym zagrożeniu, w chorej mgle. Szamocze się. Nie zna rozwiązań, taką piosenkę śpiewałem, że "nie wiem dokąd idę, w informacji też nie wiedzą". I to był "Klaus". W "Historii podwodnej" np. taka otwierająca płytę "Lola" - z jednej strony jest piosenką o pale policyjnej, z drugiej strony powtarza się w niej wers: "a jeżeli mam być szczery, a ja od dzisiaj chcę być szczery" - zawsze bawiło mnie, jak ktoś mówił: "A tak szczerze" i coś tam walił dalej, jakby te słowa powodowały, że naprawdę będzie szczery. Trzecia warstwa to konotacje bardzo osobiste, to była piosenka o dziewczynie z kręgu moich znajomych i przy okazji też jakiś przekaz dotyczący tego, że można by coś zmienić. Trochę przekrętny, bo w sumie ja nawoływałem do zmieniania przy pomocy pały. Potem "Konstytucje" - to była słynna piosenka, która do dzisiaj jakoś funkcjonuje. Jeden z niewielu moich utworów, które wykonuje też ktoś inny. I to też jest polityka, trudno żeby to nie był polityczny utwór, prawda?

"Ta zabawa nie jest dla dziewczynek" - z tego, co pamiętam, również była dość jednoznacznie odbierana.

Słuchaj, żyłem w takich czasach, w jakich żyłem. Miałem parę zakrętek, parę swoich sprężynek, które powodowały, że jeżeli pisałem tekst o czymś, to oddawałem bezwiednie mocz - żartuję - sytuację, po prostu siedziałem w tym, a przy okazji opowiadałem trochę o sobie, przez słownictwo, przez sposób kojarzenia itd. Wszystko to razem było bardzo naiwne, bardzo szczere, ja nie jestem zawodowcem od tekstów. Zdaję sobie sprawę z warsztatowych możliwości, nie piszę konspektów, że ma być tak i tak - nigdy się w to nie bawię. Są to opisy mojego stanu ducha - i taka była "Historia podwodna". Tam też była cała masa polityki, były "Niewole", był "Reformator", gdzie, jak pamiętam, podśmiewywałem się z racjonalizatorów politycznych.

Na "Piosenki" czekaliśmy dość długo i na tej płycie nastąpił wyraźny zwrot od polityki (co potem "Ur" potwierdziło). Skąd to się bierze? Z przesytu tym, że w tej chwili wszyscy gadają o polityce, bo to tanio i łatwo?

Czy ja wiem? Nie jest wcale tak tanio i łatwo mówić o polityce. To nie jest tak prosto, bo zazwyczaj, jak mówisz o polityce, to się kończy na prostych hasełkach. W sumie polityka jest bardzo nudna. Odarta ze szczypty błyskotliwości, poczucia humoru i geniuszu - to jest to taki prosty handelek, tak bym powiedział. Prymitywny handelek, w złym guście, to jest cała polityka. Nie twierdzę, że potrafię o tym super-świetnie mówić, ale przypominam sobie różne orkiestry, które praktycznie nic nie mówiły, operowały ogólnikami, korzystały jedynie z prostej receptury na zasadzie: teraz mówimy o polityce. I to było jałowe i żenujące. "Piosenki"? - ze wszystkich moich płyt "Piosenki" zostały najbardziej pocięte przez cenzurę, co jest absolutnym fenomenem. Poszedłem cenzurować tę płytę, a cenzor główny mówi do drugiego: "Popatrz, to jest ten agent, któremu puściliśmy "Konstytucje"". No więc siedli, wzięli ołóweczek i pokreślili. Z czternastu piosenek dwanaście kazali mi wymienić. Walczyłem, nic nie wywalczyłem, a szkoda, bo np. w takim "Paragwaju" była genialna zbitka, która została wycięta, a którą bardzo lubię: "paramilitarne gołębie". Afera straszna, typ jak to zobaczył, to mu oko zaczęło latać. Ja mu tłumaczę: "Panie, ale to jest w ogóle fajne, widział pan kiedyś paramilitarnego gołębia?". A on mówi: "Nie - i dlatego nie będzie pan o tym śpiewał". Co miałem powiedzieć? Wykreślili mi i uważam, że to ich posunięcie było nie na poziomie. Co tam jeszcze było takiego?

"Wszyscy inteligentni mężczyźni idą do wywiadu".

O właśnie. Oni mówią tak: "Nie może być takiego tytułu", a ja mówię "Wszyscy inteligentni mężczyźni idą bez obiadu". A on: "Panie, co pan sobie jaja ze mnie robi?". "No właśnie". Kiedy płyta wyszła trzy lata później i nie było już cenzury, to tytuł nie robił aż takiego wrażenia. To było natrząsanie się z wojska, ze służb specjalnych.

Na "Piosenkach" pojawił się bardziej osobisty rys, bardziej ciepłe historie. Zresztą cała płyta była zrobiona na zasadzie wypoczynku od poważnych tematów, zarówno muzycznych, jak i tekstowych.

Przygotowanie do "Ur"...

Nagrywając "Piosenki" miałem z połowę "Ur" w głowie. Połowę tekstów. I tam chyba znowu wraca polityka. Siedzimy w tym, czy chcemy czy nie chcemy - trudno się wywinąć od polityki, Boga i jakiegoś tam światopoglądu. "Ur" - to był pomysł. Bardzo dużo myślałem o starożytnościach, o rzeczach bardzo starych. To wypełniało moją głowę, kiedy byłem w 7 klasie szkoły podstawowej. Miałem koleżankę i podsyłaliśmy sobie różne książki. Egipt, Asyria, Babilon - nawet pismem klinowym pisaliśmy szyfrowane listy. Cały czas się tym interesowałem, od tej 7 klasy aż do wydania "Ur". Bo się tak mówi: mamy telewizję, mamy pismo ("Polityka" na przykład), bardzo łatwy dostęp do informacji - generalnie rzecz biorąc. Jestemy strasznie bystrzy, tacy inteligentni, i tacy w ogóle ho ho ho. A okazuje się, że większość takich sprytnych rzeczy została wymyślona już bardzo dawno. Ciężko przebić Shakespeare'a, jeżeli chodzi o poczucie humoru czy szybkość kojarzenia; ciężko wymyślić jakieś archetypowe sytuacje, których by nie było w Biblii. Czyta się "Gilgamesza" i w tym też jest masa tego, co jest w nas. Kiedyś sobie wyobrażałem, że ileś tysięcy lat temu ludzie byli jacyś gorsi. Może w masie tak, może byli niedoinformowani, ale jeżeli chodzi o aparat intelektualny, to pewnie mieli równie sprawny jak i my. Może nie mieli tak wiele danych do przetwarzania i dlatego o pewnych rzeczach nie byli w stanie mówić. Czuję wspólnotę z kulturą moich przodków.

Czy stąd też się bierze twoja, manifestowana w felietonach, niechęć do postmodernizmu?

Pieprzyć postmodernizm. To jest lenistwo, lenistwo i bezradność. Jest to gotowy przepis na robienie paru rzeczy. Ludzi, którzy odkrywczo potraktowali tę furtkę, jest naprawdę niewielu. Powiedzmy, nie mam nic przeciwko Lynchowi, Lynch jest OK. Ale jeżeli chodzi o literaturę, to już tak bym się nie podniecał jakimiś tam dokonaniami. Vian, nie wiem jak to się wymawia, taki Francuz jakiś - męczy mnie. Eco? Czytałem któryś z jego bestsellerów, "Imię róży" bodajże. Byłem zaszokowany, że gość tak odtwarza Borgesa, pierwsze ileś tam stron "Imienia róży" - to skopiowana stylistyka Borgesa - zawsze byłem rozkochany w Borgesie i wszystko, co było przetłumaczone - wchłonąłem już bardzo, bardzo dawno temu. Ta fascynacja teraz trochę wystygła. Przeszedłem od zachwycania się i częstego myślenia o takiej literaturze na czytanie literatury rozrywkowej. Czuję się zmęczony i teraz czytam rzeczy o wiele lżejsze, ale pisane błyskotliwie. Był taki okres, że w Polsce bardzo ciężko było o nic nie znaczącą literaturę rozrywkową, która była świetnie pisana. I tę lukę wypełniała "Fantastyka". Drukowali tam "Krainę Chichów" z 10 lat temu, w tej chwili to jest bestseller. Przy takich rzeczach odpoczywam. A jeżeli chodzi o poważniejszą literaturę, czy ja wiem? Takie historie, które są w sumie nudne i raczej naukowe, które nie są literaturą, które są informacją.

Jakieś przebicia z lektur na twoje teksty są chyba nieuniknione, do jakich mógłbyś się przyznać?

Wiesz, zasada jest taka - przeczytałem co najmniej ze trzy dobre książki i muszę się bardzo intensywnie starać, żeby to nie przebiło. Piszę coś i zapominam, co napisałem. Potrafię wyjść na koncert i nie pamiętać tekstu, przypominam go sobie automatycznie. Powiedzmy "Nie bądź nigdy głodny" i dalej coś tam leci, w tej chwili nie pamiętam, coś tam było. Gdybym wyszedł na koncert z gitarą i zaczął grać, to bym ten tekst wyklepał. Potrafię swój tekst czytać, jakby był napisany przez kogoś nieznanego. Piszę swoje teksty, po tygodniu czytam i - "O kurcze, fajne". Czytam to tak, jakbym czytał Borgesa czy tam Vonneguta albo kogoś. Albo to jest fajne albo to jest kicha. Jeżeli to jest kicha, to wiesz, fiiiuuuu, strzałka czy samolocik - i do kosza; a jak jest fajne, to zostaje. W którymś momencie ten poziom ustalił się na bazie iluś tam książek, które przerzuciłem. Nie pamiętam tych książek dokładnie, pamiętam ogólną impresję, ogólne stany. Jestem osobowością bardzo rozmazaną i bardzo niekonkretną i wpływ na moje teksty ma bardzo wiele wydarzeń. Staram się być doinformowany i na bieżąco śledzę wszystkie magazyny, dziennik telewizyjny, rozmowy itd. Ludzi, którzy mają wpływ na to, co się z Polską dzieje.

Ostatnio czytałem artykuł w o prosacu, oficjalnym narkotyku w Stanach Zjednoczonych. Masz złą osobowość, to sobie ją zmień, kup sobie prosac, rozłóż kurację na miesiąc czy dwa i zrób z siebie nowego człowieka. Fascynujące. Zastanawiałem się nawet czy by sobie nie zmienić osobowości i stwierdziłem, że jest OK. To, co mnie buduje jest wszędzie, na każdym kroku, nastrój codzienny. W tekstach i piosenkach tego może nie słychać, ale generalnie to jestem człowiekiem, który bardzo stara się być radosny - i jest. Staram się cieszyć wszystkim, czym się tylko da. I to, że pisałem teksty i robiłem muzykę, to był wynik tego, że się potrafiłem wprowadzić w stan euforii. Na przykład tym, że - ja wiem? - że miałem fajne buty. Albo że ktoś mi podarował piłkę do baseballa. Jakiś pierdoły zupełne. Albo że narysowałem sobie coś fajnego. (Był taki okres, że dużo rysowałem.) Tam na kolumnie stoi samochodzik wyścigowy, kurcze, ze trzy piosenki napisałem dlatego, że on się tak fajnie toczy. To jest wariactwo pełne, nie ma przepisu, nie ma reguł. Rzeczywiście - jest taki moment, że siadam do kartki, tylko mam już wtedy pomysł i co najmniej ze dwa wersy. Potem ewentualnie mogę coś do nich dopisać, ale te dwa-trzy wersy są z Księżyca.

W jednym z felietonów dla pisma "Tylko Rock" napisałeś, że "dla siebie już pograłeś". Czy kondycja muzyka rockowego cię też męczy?

Jestem trochę rozczarowany. Kiedy zaczynałem grać, wydawało mi się, że muzyka rozwija się liniowo. Zaczynasz coś opowiadać i chcesz się rozwijać, żeby było precyzyjniej, ciekawiej, inteligentniej. Ale to nieprawda, bo następuje taki moment, kiedy publiczność nie życzy sobie, żeby było lepiej i ciekawiej, tylko - żeby było na jakimś poziomie przyswajalności. Taki cykl w muzyce rockowej trwa mniej więcej 10 lat. I one właśnie minęły. W tej chwili wszystko zaczyna się od nowa. Gra się rzeczy, które są spopularyzowane przez MTV, rzeczy wybitnie zachodnie. Dokładnie tego chce większość publiczności. Czegoś, pod co ma już grunt przygotowany. Jeżeli ktoś zgrabnie naśladuje jakąś wylansowaną formację zachodnią, to publiczność jest zadowolona. Rzeczy oryginalnych jest już bardzo niewiele. Dlatego jestem rozczarowany. Jest też przemęczenie - skutek trudności w porozumiewaniu się z ludżmi, z którymi się pracuje. Któryś tam raz zmieniam muzyków. Niedawno pracowałem z dwoma muzykami, którzy mogliby być moimi synami, mieli 17-19 lat. Akurat z nimi mi się świetnie pracowało i kto wie czy nie wrócę do tej współpracy. Ale potem miałem do czynienia z ludźmi, którzy zupełnie inaczej patrzą na pewne sprawy. Niektórych rzeczy nie rozumieją, trzeba by ich było uczyć. A nie wiem czy jest sens i potrzeba, bo jest coś takiego jak prawda pokoleniowa. I to obowiązuje, i do widzenia.

Na pewno chcę opowiadać o swoim świecie - na tyle ciekawym, na ile go ciekawie wykreuję. Jeżeli przy tym będę w super formie, to być może zadziała na ludzi. Ale nie chcę się uginać przed modą. Unikam tego, bo jest to poniżające.

Są jednak pewne środowiska - przepraszam za wyrażenie - intelektualne, dla których mógłbyś funkcjonować jako "pieśniarz kultowy". Ambitne teksty, eksperymenty muzyczne, poza modą, "Ur" jest tutaj dość dobrym przykładem...

Nawet tak byłem określany. Gram kupę lat, jeżdżę po Polsce i te pięć osób na koncercie mam zawsze. Przychodzą młodzi ludzie, przychodzą tacy, którzy chcą słuchać tekstów i tacy, którzy chcą poskakać. A ja jestem takim omnibusem, co sprzedaje wartości intelektualne i CZYSTY, ŻYWY CZAD. Żartuję trochę, ale coś w tym jest. Ale, ile tej energii można z siebie wydzielać? W końcu miałem zapaść ze zdrowiem, a jeśli zdrowie jest słabiutkie, to to jest afera. Płytę "Ur", która została dość chłodno przyjęta, pisałem akurat w czasie zapaści, kiedy moja naturalna, niewymuszona witalność wygasła. Byłem zmęczony i zdegustowany tym, że - ja? Lesio? nie jestem jak ta iskierka? i nagle coś smęcę? Bywa tak. Jakoś się pozbierałem, nagrałem następną płytę.

Czy czujesz się poetą rocka?

Nie, ja się poetą w ogóle nie czuję. Nawet nie wiem, co ten termin oznacza.

Potraktuj to jako komplement.

Nie, no ja się domyślam, że to jest komplement itd. Kiedyś Waglewski powiedział: Lech Janerka taki, przez niektórych uważany nawet za poetę rocka, za wieszcza pokolenia, napisał "Bez kolacji nie chcę spać". Poetą na pewno nie jestem. Wiesz, poeta dla mnie to jest taki gość... Raz widziałem poetę i moje wyobrażenie o poecie pokryło się z tym, co zobaczyłem. W Nowym Jorku szliśmy, jest taki zakręt w subway'u, i zza rogu głos, recytujący. Wychodzimy, szedłem z kimś i ten ktoś mówi "O - poeta". Klęczało to w kącie przy ścianie i mówiło, mówiło, mówiło. Przechodzimy tamtędy, pół roku później, a to cały czas mówi. Podobno świetne wiersze zasuwało przez cały czas. Czyli poeta jest to ktoś taki nawiedzony, przez którego złe Mzimu przemawia. Ja nie jestem żadnym poetą, jestem gościem, który korzysta ze słowa i opowiada pewne rzeczy. Jak mnie określić najprościej? Artysta, na przykład - jest takie określenie. Artyści na lewo, panie na prawo. Artysta to jest taki ktoś, kto ukradł bezkarnie albo coś zakombinował.

Dobrze, mówisz, że nie widziałeś poetów, a wspólny koncert z Marcinem Świetlickim?

Ja go za słabo znam. Ja go widziałem na koncercie i wszystko, co pamiętam, i co mogę o nim powiedzieć, to to, że jest w nastroju nieprzysiadalnym. I tylko tyle pamiętam.

A koncert?

Wiesz, to był koncert rockowy, czyli hałas. Ja nie słucham koncertów rockowych, bo to trzeba być chorym, żeby słuchać takich rzeczy. ťomot potworny itd. Wyłowiłem z tego szumu, który tworzy koncert to, że jest w nastroju nieprzysiadalnym i uważam, że to było super. A reszty nie zauważyłem, nie wiem, co tam było.

Poetą nie jestem, artystą nie jestem. Żyję w utopii. Jak sądzę - wartej spopularyzowania. Myślę, że przyjdzie taki moment, że wszyscy będą sobie pisać piosenki, będą pisać teksty i to wszystko będzie na bardzo wysokim poziomie, co pozwoli podwyższyć standard kontaktów międzyludzkich. W ramach podwyższania tego standardu piszę piosenki i śpiewam. I jest to forma kontaktu.

Wierzysz w ogóle w tę utopię?

Muszę wierzyć, skoro mi się udaje. Wierzę, że coraz większej ilości ludzi się będzie udawać. To znaczy nie, nie chcę, żeby wszyscy śpiewali piosenki rockowe, ale ja w ten sposób się komunikuję. I myślę, że ten specyficzny sposób komunikacji każdy może jakoś wypracować. Piosenki i teksty pisać każdy może, nie wszyscy ludzie mają czas, są zagonieni, zapracowani, nie zajmują się tym, gdzieś to im umyka. Ja akurat mam czas. W którymś momencie ktoś mi powiedział: "Słuchaj, no dobrze, możesz z tego żyć i tu jest kasa". I myślę, że wielu ludzi, gdyby było w podobnej sytuacji, też by coś takiego mogło robić.

Chyba jednak niewielu...

Mówię poważnie. Moje pisanie zaczęło się tak, że kolega perkusista pisał teksty. No i jak napisał, to takiego kaczana zaplótł, że oniemiałem. Mówię, że to jest złe, niedobre. No to on się obraził - "Jak jesteś lepszy, to napisz". Napisałem, on przeczytał i mówi: "No rzeczywiście lepiej".

Poza tym jest też kwestia świadomości. Jeżeli ma się tę świadomość, to jest podstawa wszystkiego. Świadomość plus odrobina rozwichrzenia i popuszczenia wodzy wyobrażni - i jest fajnie. Dla mnie pisanie to jest konglomerat: świadomości i stanów euforii. I to jest wszystko. Jeżeli jest euforia, to powstają rzeczy nieoczekiwane, dziwne. Potem to cichnie i wraca stan świadomości - i wtedy jestem w stanie to sobie przejrzeć skontrolować, ulepszyć. Jeżeli ktoś jest w stanie napisać recenzję, to jest w stanie i napisać wierszyk. Gorszy, lepszy, ale jest.

Ale to rzemiosło...

...a ty myślisz, że jak ja patrzę na to swoje? To ty mówisz, że to jest poezja, no więc ja ci tłumaczę, że to nie jest żadna poezja, tylko świadomość i szczypta dobrego samopoczucia, które bierze się stąd, że człowiek coś zrobił i nawet nie wie jak. Ja nie zdaję sobie sprawy, co to jest np. dwunastozgłoskowiec, bo niby skąd ja mam to wiedzieć? To znaczy powinienem, ale nie wiem. Czy jakieś tam inne: rym, rym taki, śmaki, męski, żeński. Mówię o wiedzy i pewnej kulturze. Ktoś ci mówi, używa jakichś słów i ty słuchasz i stwierdzasz, że to jest ktoś fajny albo ktoś taki sobie, ktoś subtelny albo ponury burak. I wiesz. A skąd to wiesz? Czasami nawet trudno skombinować, skąd to wiesz. Odcieni słów, intonacji jest cała masa. Nie wiem, jak uzyskałem tę wiedzę czy świadomość. Czy ja ją w ogóle uzyskuję, bo to jest coś, co mnie przerasta. Ten aparat do kontaktowania się z resztą świata cały czas się rozwija. I są takie momenty, że gaśnie, ale jak na razie jest dość sprawny i to jest przyjemne.

Poezja? Jaka to poezja?! Taki jestem. Gdybym na przykład miał ci napisać list o Loli, to napisałbym ci piosenkę. Na takiej zasadzie. Poza tym pisząc tekst piosenki wiem, że to jest skierowane do kogoś, że muszę trochę próbować go zachęcić, że tekst musi się podobać. Ale to jest normalne, ta szczypta kokieterii jest potrzebna. W życiu też. Żeby nas nie zabili, kiedy kupujemy gazetę. Żeby to się układało w miarę sympatyczny ciąg wrażeń. Za poetę się nie uważam, za artystę też nie. Bo poeta kojarzy mi się tak: stolik w kawiarni, kawka, dyskusje wielce intelektualne, Teksty, które piszę są o wiele lepsze ode mnie. Pisząc, staram się być o wiele lepszy od siebie. Choć czasem siedzę, piszę jakiś bzdet, wiem, że to jest bzdet i czasem puszczam banał zupełny w tekście, bo jestem bezradny. I jeżeli on jest, to znaczy, że Lesio nie mógł, nie wykombinował, ma jakieś zaćmienia. A poeta? Poeta to ktoś taki, kto na co dzień, tak mi się wydaje, jest taki bardzo rozedrgany i napięty...

Ty mówisz o romantycznym stereotypie.

No tak, ale mam prawo. Przypominam sobie w telewizji był wywiad z którymś z tych gigantów. Z Herbertem? Nie - z Bryllem. Ja go nie lubię. I coś tam było o wierze chrześcijańskiej, podpuścili go. A on wtedy był jakiś niedopity, strasznie zły: "Co to za wiara, kiedy wierni muszą ukrzyżować swego Boga, żeby to robiło na nich jakieś wrażenie". I to zrobiło na mnie wrażenie. Rzeczywiście - poeta.

Piszesz teksty, układasz - jak mówisz - melodyjki, występujesz na scenie. Może jesteś showmanem po prostu?

Młócę gitarę basową.

Czyli przede wszystkim muzykiem.

Jestem piosenkarzem, piszącym także własne teksty. Przekaz autorski daleko posunięty (i ten rodzaj przekazu jest dla mnie najważniejszy). Jestem zespolistą. Zespół rockowy, to jest zespół kumpli z podwórka, którzy namówili się, że zaatakują świat wspólnymi siłami i wygrają. Grają po to, żeby wygrać, a nie po to, żeby było ładnie czy fajnie. No i są autorscy, wszystko robią sami. Śpiewam, gram na gitarze basowej, piszę teksty i muzykę, mieszam sie do aranży, klnę na współpracowników aż się dymi. I to wszystko. Ja w tym poezji wielkiej nie widzę.

Gdybyś nie był muzykiem, to kim? Zajmowałbyś się plastyką, fotografią?

Ostatnio się zastanawiałem. Coś z tych takich prostych. Tak strzelasz, trudno powiedzieć. W dzieciństwie chciałem być strażakiem, wędkarzem i w końcu pilotem.

Czyli muzykę uważasz za spełnienie?

Jestem tak roztrzepany, niepoukładany. To, że gram i piszę piosenki to jest akurat przypadek. Chciałem kiedyś rysować czy zajmować się plastycznymi historiami. Mama mi mówiła, że powinienem zostać dziennikarzem albo pisarzem, ale ona się słabo znała. To było jej marzenie, myślała, że mam jakieś predyspozycje. Ale ja wtedy miałem pięć lat. Trudno powiedzieć, skąd to wzięła. Jedynym moim marzeniem było Bardzo Skutecznie Nie Musieć. W szerokim rozumieniu - że nikt mi tu nie powie, że coś tam należy. Żeby móc się wywinąć od wszelkich obowiązków.

Czyli jednak wolny zawód?

Bardzo wolny! Najwolniejszy z możliwych. To jest taki, wiesz, może... artysta? W końcu to by było takie naturalne. Jedyną zdolność jaką mam, to zdolność do wywijania się od rzeczy, których nie chcę robić.

Wrocław, 10 lutego 1995

_

Pierwodruk: Nowy Nurt 13/1995

[^]